Ostatnio brak nowych zleceń. Jestem za bardzo skuteczny. Pozamykałem połowę świadka przestępczego, a druga połowa poleciała na południe, na sezonowy zbiór poziomek. Nudzę się niebotycznie i dlatego wycisnąłem z mojej maszyny do pisania co nieco - a oto i efekty moich wysiłków. Jak tal dalej pójdzie, zostanę producentem filmowym...

ŚRUBKA

Scena 1
Z ZACIEMNIENIA
Widok potężnej fabryki, kominy dymią, chmury przesuwają się nienaturalnie szybko.

Scena 2
Otwierają się zardzewiałe, wysokie, nitowane drzwi, ukazuje się w nich człowiek 40/50 lat w prochowcu ze starą skórzaną raportówką na ramieniu i tubą do projektów w dłoni. Rozgląda się na boki i odchodzi.
ZACIEMNIENIE

Scena 3
Facet stoi sam na przystanku, wieje wiatr, pod jego nogami walają się stare gazety, butelki po piwie. Przyjeżdża autobus, facet wsiada do środka i siada z tyłu autobusu. Autobus odjeżdża.
ZACIEMNIENIE

Scena 4
Facet siedzi i z beznamiętnym wyrazem twarzy patrzy za szybę, opierając skroń o okno.

Scena 5
MĘŻCZYZNA POV(punkt widzenia)
W kadrze widać fotel przed facetem, z oparcia wystaje duża śrubka. Facet bierze ją w palce i zaczyna się nią bawić, kręcąc to w prawo, to w lewo.
MĘŻCZYZNA AM FACE
Obojętny wyraz twarzy.

Scena 6
Autobus wjeżdża w osiedle starych kamienic. W bramie stoi żul z alpagą w ręku i rzyga na bruk i swoje buty. Facet z odrazą odwraca twarz i zaczyna szybciej wykręcać śrubkę. Ręce zaczynają mu drżeć, palce ześlizgują się ze śrubki.

Scena 7
Autobus przejeżdża przez teren rozbiórki starej kamienicy.

Scena 8
MĘŻCZYZNA POV
Widać trzech wyrostków rzucających kamieniami w kota, gonią go.

Scena 9
Palce faceta bieleją z wysiłku, kiedy mocuje się ze śrubką.
MĘŻCZYZNA AM FACE
Wyraz totalnej obojętności.

Scena 10
MĘŻCZYZNA POV
Ulicą idzie starsza kobieta. Podbiega do niej „młody byczek”, psika gazem w twarz i wyrywa torebkę, następnie ucieka.
MĘŻCZYZNA AM FACE
Grymas złości.
Zbliżenie na palce faceta ociekają krwią. Poranionymi palcami mocuje się z oporną śrubką.

Scena 11
MĘŻCZYZNA POV
Ulica idzie kobieta z wózkiem. Prowadzi go, zataczając się od krawężnika do krawężnika. Potyka się i przewraca wózek z którego wypada płaczące dziecko.

MĘŻCZYZNA AM FACE
Coraz większa złość.

Scena 12
Mężczyzna rzuca się na szybę autobusu, zostawiając na szybie krwawy ślad ze zranionej dłoni. Odprowadza wzrokiem pijaną matkę próbującą wstać z chodnika.
Na twarzy mężczyzny zaczyna być widoczny spokój. Nieznacznym grymasem ust i brwi daje znać, że właśnie podjął decyzję.

Scena 13
Mężczyzna zapiera się nogą o oparcie fotela przed nim i ciągnąć zaczyna dwoma rękoma wyrywać śrubkę z oparcia.

Scena 14
Autobus zatrzymuje się w willowej okolicy. Otwierają się drzwi i człapiąc, wysiada z nich facet. Jego twarz nie wyraża żadnych uczuć.
Zbliżenie na jego zaciśniętą dłoń, krew kapie, spomiędzy palców wystaje śrubka.
Wolnym krokiem znika we wnętrzu domu.
ZACIEMNIENIE

Scena 15
Facet popycha niską furtkę i wchodzi do ogródka, idzie żwirową alejką i wyjmuje z kieszeni klucze. Podchodzi do drzwi i otwiera je.

Scena 16
Zapala się światło i widzimy faceta w jego łazience. Zrywa z siebie płaszcz i odkręca wodę. Zmywa krew z dłoni. Przemywa twarz. Wyciąga z szafki bandaż i chaotycznie bandażuje skaleczoną dłoń.



Scena 17
Facet stoi naprzeciwko drzwi do piwnicy. Rozchyla koszulę i zdejmuje z szyki łańcuszek na którym wisi klucz. Wsuwa klucz do zamka i otwiera drzwi. Wchodzi do środka i niknie w mroku.

Scena 18
Czarny ekran, słychać tylko kroki. Zapala się światło.
Zbliżenie na zabandażowaną dłoń na kontakcie.
Mężczyzna stoi cały czas przy kontakcie trzymając na nim dłoń.
ZACIEMNIENIE

Scena 19
Z ZACIEMNIENIA
Facet stoi pochylony nad blatem opierając się nad nim na rękach.
MĘŻCZYZNA POV
Przed nim stoi potężna maszyna (plątanina drutów, cewek, oporników, diody monitory, mega machina).

Scena 20
Mężczyzna coś podnosi z blatu.
Zbliżenie na ramkę ze zdjęciem kobiety, wodzi palcem drugiej dłoni po twarzy kobiety ze zdjęcia.
MĘŻCZYZNA AM FACE
Pojawia się uśmiech . Po policzku spływa łza.
ZACIEMNIENIE

Scena 21
Z ZACIEMNIENIA
Facet odchyla klapkę pośrodku maszyny.
Sięga dłonią do kieszeni i wyjmuje z niej śrubkę.

MĘŻCZYZNA POV
Bierze śrubkę i wkręca ją w wolne miejsce pośrodku pojemnika z klapką. Zbliżenie na ostatnie dokręcenie i zapalają się wszystkie diody, dają się słyszeć dźwięki uruchamiającej się machiny.
Zbliżenie na palce dotykające czerwonego przełącznika.
Zbliżenie na twarz nie wyrażającą żadnych emocji. Do ust zbliża się jego pięść, którą całuje w geście lekceważenia.
Zbliżenie na czerwony przełącznik zostaje przełączony.
ZACIEMNIENIE

Scena 22
Z ZACIEMNIENIA
Widok na miasto, zachód słońca, sielanka. Nad miastem pojawia się wielki grzyb wybuchu, całe miasto płonie.

ZACIEMNIENIE

----KONIEC----

WIELKA RP

Jako, że Zadrapanduria nawiązała sojusz z nowym mocarstwem w Zatoce Owalcowej, z polecenia i prośby Poczemuczki Potlacza, zamieszczam poniższy baner.

Mroton.

Wielka Rzeczpospolita

MNICH? - NO BEZ JAJ!


Patrzysz na las. No niby tylko morze celulozy. A tu nagle niespodzianka. Wchodzisz do lasu i z miejsca pakujesz się w pajęczynę, w kark tłuką Cię komary, wilk próbuje Ci odgryźć zadek, niedźwiedź staje z Tobą w zawody sprinterskie, a na koniec, zmęczony, siadasz pod drzewem… w mrowisko. Nic, ale to nic, nie jest takim jakim wydaje się z daleka. Po bliższym poznaniu zawsze czekają nas niespodzianki.

Moja niespodzianka zapukała do drzwi mojego biura punktualnie w piątek o 10.37. Niby nic nadzwyczajnego, koleś łysawy, metr sześćdziesiąt wzrostu, długa broda i wąsy, no i cały ubrany w pomarańczowe fatałaszki. Zapukał i wszedł. Razem z nim wszedł zapach jakiś palonych ziół i czosnku. Złożył dłonie i ukłonił się głęboko.

Co od razu zwróciło moją uwagę i obudziło moją czujność – oddychał miarowo i nie było widać, żeby co nieco się spocił. Zważywszy na umiejscowienie mojego biura na 37 piętrze bez windy, mogło to budzić podejrzenia.

Podszedł do mojego biurka, wskoczył na nie, w locie zaplatając nogi w kwiat lotosu i miękko wylądował na stosie rachunków, co było nie lada wyczynem, bo wspomniany tu stosik mierzył coś koło metra wysokości. Spojrzał na mnie szklistymi oczami i wyszeptał:
-„Sława wielkiego człowieka, który ludzi i przedmioty odnajdywać umie, mniejsza jest tylko od wielkości jego samego. Jako rzeka płynie w korycie i niesie swoim nurtem powalone pnie drzew, tak wieść niesie historię o odległej Zadrapandurii, gdzie Mroton zamieszkuje w wysokiej skale na 37 półce i tam, do niego udawszy się człowiek z papierowymi wizerunkami śmiesznych ludzi i dużą liczbą zer, złożywszy je w darze, może liczyć na łaskawe oko Mrotona. A on, jako wielki mędrzec, dopomoże w odnalezieniu zguby. Oto i przybyłem Wielki Mrotonie i przedkładam twemu obliczu papierki ze śmiesznymi ludźmi i dużą liczbą zer.” – pisnął.
To powiedziawszy, zdjął z ramienia torbę i wyjął z niej główkę czosnku i cebuli, drewnianą miseczkę i odłożył je na bok. Resztę zawartości torby wysypał przede mną. LUDZIE! Po prostu pokryłem się setkami tysięcy Protów!!! Byłem wzruszony… łzy wzruszenia płynęły strumieniami. A może to odór czosnku i cebuli to spowodował? Nieważne. BYŁEM BOGATY!

Przerażony jegomość spojrzał trwożnie na mnie i wypiszczał:
-„Czy urażony Wielki Mroton został tak podle skromną ofiarą? Czy Kaj-Daj może jakoś naprawić ten błąd?” - zapytał zlękniony.
-„Nie, nie, nie – ależ skąd? Wszystko w porządku. To cebula.” – odrzekłem z uśmiechem chłopca czyszczącego toalety na zamku, któremu zawartość wiadra wylała się na buty króla.
-„W czym mogę służyć? Co Cię sprowadza, o szlachetny ….y… jak to szło, a tak, Kaj-Daj?” – uderzyłem w gadkę w jego tonie.
-„Niesie to dużą radość na moje serce. Ja przybywam zza dalekich gór. Wysłany zostałem przez swojego mistrza Czuj-Czej. Prawie 5 lat temu, w nocy, ludzie owinięci w czarne poły tiulu, skradli w nocy przemocą nasz artefakt. Gruby, tłusty Grudda jest dla nas tym, czym dla ludu Zadrapandurii Wielki Wierzyga jak mniemam. Lud mój, jest wielce wierny tradycji. Ta natomiast nakazuje, aby każdy nowy uczeń, aby stać się pełnoprawnym mnichem, musi pogłaskać posąg Gruddy po brzuchu. Bez tego nie jesteśmy w stanie powoływać do obrony granic naszego kraju nowych mnichów. Jeszcze kilka lat i nasze szeregi zestarzeją się tak, że nie będziemy w stanie bronić naszego państwa i stanie się ono łakomym kąskiem dla graniczących z nami mocarstw. Wysłano dziesiątki ekspedycji poszukiwawczych. Żadna się nie powiodła – słuch wszelki zaginął po posągu Gruddy. Jako, że tej feralnej nocy ,kiedy skradziono posąg, to ja stałem na straży, mistrz Czuj-Czej, nakazał mi udać się w świat i odszukać kogoś kto będzie w stanie odnaleźć nasz skarb. I tak po wielu miesiącach wędrówki, dotarłem do domu w górach, gdzie mieszkał człek o imieniu Miśniak i to on powiedział mi, że niedawno u był niego człowiek o imieniu Mroton, z miasta Zadrapanduria i że on potrafi w zamian za papierki z rysunkami śmiesznych ludzi i dużą liczbą zer, odnajdywać dowolne rzeczy. Idąc za radą Miśniaka nająłem się przy wyrębie i spławianiu drzew w górach, aby zdobyć te papierki. A, że ja w przeciwieństwie do pozostałych osób, drzewa ciąłem dłonią, a nie siekierą, to osiągnąłem, jak to powiedział brygadzista, tak zakasujące wyniki przerobowe, że zostałem uhonorowany premią uznaniową. Pobrawszy ją w kasie, przybyłem do Ciebie Wielki Mrotonie i błagam o pomoc w odnalezieniu posągu Grubby.”

Wierzcie lub nie – powiedział to wszystko na jednym oddechu. A raczej wypiszczał. Obawiam się, że musiał mieć jakąś niemiła przygodę w dzieciństwie związaną z trzodą chlewną, która kopnęła go o 15 cm za nisko, żeby mówić o kopnięciu w brzuch.
„Nie no, ależ spokojnie damy radę. Pomogę – a jakże. Pozwolisz tylko drogi Kaj-Daj, że umieszczę te papierki w kieszeniach i już pędzimy szukać tej statuetki” - rzekłem.
Po 5 minutach byliśmy już na dole. Kaj-Daj schodził tak dynamicznie, że kiedy stanęliśmy przed budynkiem w powietrzu dało się wyczuć aromat cebuli i czosnku oraz lekko przypiekanej skóry – zelówki jego sandałów nieznacznie dymiły.

Jego dość jaskrawy strój, zapach i dymiące obuwie, zwracały na nas uwagę okolicznej ludności. A że okoliczna ludność w mojej dzielnicy odznaczała się dużą spostrzegawczością co do ubranych na pomarańczowo jegomościów, po chwili otaczał nas już wianuszek komitetu powitalnego. Przewodniczący komitetu pragnął wręczyć szacownemu gościowi naszej dzielnicy… kopa w zadek. Natomiast jego mniejszy pomocnik zaproponował relaksacyjny masaż pleców przy użyciu łańcucha zakończonego kotwicą. Reszta gawiedzi wznosiła okrzyki ku pokrzepieniu serc, w stylu: „Dawaj dziada dziwoląga tutaj, na kosie go nauczę tańczyć” , „W ryja! W ryja Bosman mu wal!” i inne temu podobne. Co poniektórzy zbliżali się już do nas na odległość pozwalającą na uścisk dłoni. Kaj-Daj zatrzymał się i powiedział:
-„Nie, nie, nie – nie będziemy się tak bawić Panowie. Takie zachowanie prowadzi do zamieszania i chaosu. Panowie - trójkami poproszę. Najlepiej według wzrostu. To nam ułatwi i znacznie skróci wyjaśnienie kwestii spornych.” – pisnął patrząc na swoje stopy.

Ilość „łudzia”, „hazia”, „ysss” i „uś” jakie dało się słyszeć podczas następnej minuty, spokojnie wystarczyłaby do udźwiękowienia pełnometrażowego filmu karate.
Następnie, pośród cichych „ojoj” „auć” i „a niech go – taki dziadek” poszliśmy dalej. Po kilkunastu metrach zadałem standardowe „ale jak to?”. Kaj-Daj mówił coś o medytacji, dużej liczbie umytych misek po ryżu, polerowaniu błotników w rikszach posuwistymi ruchami i atakowaniu zielonych i twardych drzew dowolnymi kończynami.
„Wielki Mrotonie, a tak właściwie to gdzie my idziemy?” – zapytał po kilku minutach marszu.
„Do świątyni Wielkiego Wierzygi. Przed wyjściem zadzwoniłem do znajomego kapłana. Powiedział, że ma w lochach coś, co może nam pomóc. I nie nazywaj mnie Wielkim – to może budzić nie do końca miłe uwagi, uśmieszki i porozumiewawcze mrugnięcia okiem.” – szepnąłem w jego stronę.
„Jak sobie życzysz o wszechwładny” – pisnął.
Ja się zabiję. Tak, któregoś dnia wezmę w dłoń suszoną Makrelę i będę nią walił w swoją głowę póki nie zejdę z tego świata. Wszechwładny…. Ja się zabiję…
Bazylika Wielkiego Wierzygi stała tak samo jak ostatnio ale coś się w niej zmieniło. No nic – idziemy do środka. Biskup Majciak czekał na nas tuż za progiem. Wyskoczył zza potężnego filaru z aparatem fotograficznym większym od swojej głowy i nacisnął spust migawki. Wybuch supernowej to pikuś w porównaniu z tym co zaprezentował flesz w jego aparacie. Po zrobieniu kroku naprzód na ścianie dało się zobaczyć obrys naszych sylwetek.

-„Viva explosion 4300!. Najostrzejszy flesz dostępny na rynku! – krzyczał podskakując Majciak. – „Jak tylko pokażę te zdjęcia przeorowi to padnie. Mówiłem im, że to niemożliwe, żeby wyznawcy innej wiary płonęli po przekroczeniu progu naszej świątyni. Tak , wiem, wiem – dawniej zdarzało się, że za progiem świątyń mocowano miotacze płomieni, ale tego w żaden sposób nie można nazwać samozapłonem bluźnierczym. No, ale zmieniając temat, w końcu gościmy w naszych progach wyznawcę Gruddy. Myślałem że jesteście bardziej, no… teges… atletyczni. Te sztuki walki, naśladujące różne zwierzęta. To co wypisują o Was w starych księgach, pobudza wyobraźnię. Czy to prawda, że potraficie samym tylko wzrokiem zmusić farbę do schodzenia ze ścian?” – zapytał Majciak.
-„To jedna z podstawowych ćwiczeń nowicjuszy. Za pomocą tego ćwiczenia doprowadzają sztukę łagodnej perswazji do perfekcji. Co prawda niektórym zaliczenie tego ćwiczenia zajmuje jakieś 40 lat, ale po zdanym egzaminie, z pewnością można mówić o wytrwałym adepcie Gruddy.” – pisnął Kaj-Daj
-„A widzisz, bo sprawę do Ciebie bym miał. W bocznej nawie remoncik by się przydał, a nie mam karty przetargowej, bo niby wszystko nowe, a ja bym chciał tam umieścić … jakby to powiedzieć, bardziej postępowe freski. Wiesz, nimfy błotne, rusałki bagienne i takie tam. A nie tylko te ryby i ryby. To jak – rzuciłbyś okiem?”
-„Nasza wiara nakazuje nam pomagać osobom chorym na umyśle. Oczywiście że Ci pomogę.” – wypiszczał
-„Ty, Mroton – szepnął mi na ucho Majciak – co on taki jakiś… piskliwy?”
-„Bo, jakby Ci to powiedzieć? On jest facetem bez motywacji.”
-„Bez czego?”
-„No bez motywacji. Rozumiesz, jego wiara nakazuje mu obcinanie, no teges… „- podrzuciłem biodrami, porozumiewawczo poruszyłem brwiami i złapałem się za miejsce, gdzie mama zawsze zabraniała mi się łapać.
-„No bez jaj – żartujesz sobie chyba?” – powiedziałem z niedowierzaniem.
-„No właśnie – bez jaj.”
-„Ale ja słyszałem o tym jak oni potrafią walczyć – ktoś taki nie może nie mieć jaj!” – krzyknął szeptem.
-„No patrz co za świat, Ci z jajami uciekają, a bez jaj w mordę dają.” – stwierdziłem z filozoficzną miną.
-„No tak – mi też nikt nie wierzy, że w szkole biłem rekordy w biegach na 100 metrów. To co, że mam brzuszek? Ciało słonia, ale dusza geparda, hehe – rechotliwe echo odbiło się od murów bazyliki.
-„Mówiłeś, że możesz mi pomóc w sprawie zaginionego posągu Grubby.” – zagadnąłem.
-„A tak, ostatnio przeor zamówił nowy zestaw wizjonerski. Stoi w lochu numer 37. Tu masz klucz. Po schodach na dół, na trzecim skrzyżowaniu w lewo, siódme drzwi po prawej. Ja muszę lecieć, nakarmić rybki w stawie. Jak będziesz wychodzić, klucze połóż na płetwie Wielkiego Wierzygi. Powodzenia” – krzyknął truchtając przed siebie.
Weszliśmy z Kaj-Dajem pod ziemię. Pajęczyny, ciemno, wilgotno, zimno – jak to w lochach. Chwilę truptaliśmy i dotarliśmy do ciężkich metalowych drzwi. Spod nich dobywało się światło. Wsadziłem klucz w dziurkę i przekręciłem. Drzwi otworzyły się zadziwiająco lekko, bez zbędnych efektów dźwiękowych. Z fotela zerwała się przepiękna dziewczyna okryta tiulem najwyżej jakości o splocie pajęczyny, czyli zasadniczo, formalnie rzecz ujmując, była naga. Od jej ciała biła lekka poświata błękitu. Kaj-Daj rzucił się do najbliższej ściany i począł dynamicznie i rytmicznie uderzać głową w ścianę. No tak – co kraj to obyczaj.
-„Witajcie o wielcy Panowie. Czym Wasza wyrocznia może Wam służyć?” – powiedziała, co chwila rzucając okiem na kartkę, którą trzymała w dłoni.
-„Yyyyy, wyrocznia? Tu? A czy to przypadkiem nie jest nielegalne? – zapytałem.
-„Oj cicho tam, przeor jest już taki stary, że nawet cytatów z Wielkiej Księgi nie rozpoznaje, to mu ofertę wcisnęłam i mnie zakupił. No co – każdemu się przyda dobra wyrocznia – nie? A tu mam wikt, opierunku nie potrzebuję… zaraz, a co jest nie tak z Twoim kolegą?”
Kaj-Daj stał już w kałuży krwi i nadal uderzał głową w mur.
-„Pani wybaczy.” – powiedziałem do wyroczni i podbiegłem do Kaj-Daja, wziąłem go pod pachy (był zadziwiająco lekki) i wyniosłem na korytarz.
-„Wszystko w porządku?” –zapytałem, kiedy krew przestała już lecieć z jego czoła.
-„Tak, w jak najlepszym. Nasza wiara nie pozwala mnichom spoglądać na nagie niewiasty. W razie zaistnienia takiego zdarzenia, należy profilaktycznie, za pomocą wszelkich dostępnych środków, pozbyć się z głowy nieczystych myśli, co też uczyniłem. „ – wypiszczał.
-„Ależ Kaj-Daj – ta niewiasta, jak ją nazwałeś, ma na sobie strój, tylko że ekstremalnie zwiewny. Toteż właśnie bez sensu pozbyłeś się litra krwi.
-„Ubrana, mówisz Mrotonie? No dobrze – niech i tak będzie. Ufam Ci. Zatem udajmy się z powrotem do komnaty.” – pisnął.

Wyrocznia siedziała na oparciu fotela i co tu dużo mówić, miała oszałamiającą figurę, co nie za bardzo pomagało mi w skoncentrowaniu myśli. Odrzuciła do tyłu swoje długie blond włosy, nadęła usta i szepnęła uwodzicielsko: -„To co chłopcy, w czym mogę Wam pomóc? - zatrzepotała rzęsami i uśmiechnęła się.
-„W dalekiej krainie skąd pochodzi mój kolega, skradziono przedmiot wielkiej wagi. Znaczy się, swoją droga był zajebiście ciężki, ale chodzi tu raczej o wagę duchową. Mówiąc krótko, poszukujemy półtonowego posągu ze złota, przedstawiającego siedzącego, grubego typka z szelmowskim uśmieszkiem. Możesz nam pomóc?”
-„Oczywiście, że mogę. To będzie kosztować 5 protów.” – przerzuciła nogę na nogę, po drodze prezentując okolicznej ludności wsi i miast, wszystko to co powinno zostać schowane między nogami. Kaj-Daj padł na kolana, stanął na głowie i zaczął powoli obracać się wokół własnej osi.
-„Proszę oto należność: – powiedziałem wręczając jej banknot. –„A tak przy okazji - masz może rozmienić dychę na dwójki?” – zapytałem. –„Przed bazyliką stoi automat ze szprotami ,a ja swojego ostatniego wyssałem rano. To cholerne urządzenie przyjmuje tylko bilon.”
-„Proszę bardzo, pięć dwójeczek. No dobra, to co to ja miałam… a tak posąg, łysy typek, ze złota, poczekaj niech pomyślę. A tak – na rogu Mlecznej i Mrugniętej jest sklep z zagranicznymi wyrobami dekoracyjnymi, kojarzysz? No – to na wystawie stoi to czego szukacie.”
-„Eeeej, dobra jesteś w tym wyroczeniu. Skąd Ty to wiesz??” - zapytałem zdziwiony.
-„Rano szłam po bułki, to widziałam, nie?” – stwierdziła znudzonym głosem.
Podziękowałem za pomoc, zapewniłem wyrocznie, że wpadnę do niej znowu jak będę przechodził obok, wziąłem rotującego nadal Kaj-Daja pod pachę i udałem się pod wskazany adres.
Wyrocznia miała rację. Był na wystawie, lśnił przyciągając spojrzenia przechodniów. Mnich padł na kolana i zaczął bić pokłony przed witryną sklepową. Po 2 minutach wstał, otrzepał kolana, wszedł do środka, spuścił niesamowity łomot właścicielowi sklepu, udźwiękowiając tę scenę dużą ilością „iiijjjjja” i „uuuuuuś”. Jak sie okazało po krótkim przesłuchaniu przeprowadzonym przez Kaj-Daja, właścicielem sklepu był przemytnik dzieł sztuki, na którego to zlecenie, pewna grupa radosnej twórczości, ukradła i doprowadziła przed jego drzwi posąg Grubby.
Widzieliście kiedyś dziadka niosącego ulicami miasta półtonowy posąg? Ja z dumą mogę powiedzieć, że widziałem.
„Kto się w kurniku urodził, orłem nie będzie” – nie wiem co mnich miał na myśli wypowiadając do mnie te słowa na pożegnanie. Gdy wróciłem do biura, już wiedziałem. Pliczki szeleszczących protów miały proty ale tylko na zewnątrz. W środku umieszczono pocięte gazety. Esh i żywot kurczaka…

BAH-TERJA



Zadrapanduria jako wielka machina, wyposażona w tryby i trybiki. Straż Zadrapanduriańska to sprężyna - Straż wszystko naciąga, Burmistrz to przeciwwaga – przeciwwaga dla rozsądku i logiki, Prezes MATAHAN, to główna oś, dookoła której wszystko się kręci. A ten cały mechanizm zatopiony jest w smarowidle – pocie całej społeczności Zdrapanduriańskiej. I tak pocimy się i pocimy, żeby to wszystko działało. Jednak co by się stało, gdyby ludzie przestali się pocić? A wszystkiemu byłaby wina jedna bakteria, ale nie taka zwyczajna bakteria, tylko BAH-TERJA…

Dziś, w skrzynce na listy znalazłem zadziwiająco dużą liczbę korespondencji. Idąc na 37 piętro, gdzie znajdowało się moje biuro, dokonywałem selekcji listów. Na trzecim zostawiłem reklamówki Klubu Miłośników Szprota, piętro dwunaste zaśmieciłem reklamami maszynek do golenia brwi. Moja bytność na siedemnastym została zaznaczona kupką listów na które składały się ankiety Stowarzyszenia Weteranów Wojny z Dirko Sztrycklutfem i zaproszenie na degustację koreczków z Maziajic w nowo otwartej restauracji „Hegemon” przy Machniętej 21. Na piętrze trzydziestym zatrzymałem się na chwilkę, żeby złapać tchu. Usiadłem, wyciągnąłem z kieszeni puszkę Szprotów. Puszka otworzyła się z cichym mlasknięciem. Wydobyłem Szprota i zacząłem go ssać. Aaaaa, nie ma to jak Szprot na trzydziestym piętrze. Zacząłem przeglądać resztę listów. Przypomnienie o umówionej wizycie w dermatologa?? Aaaaaa psiiiiik! Ależ zakurzony ten list! Nie przypominam sobie, żebym miał jakieś poważniejsze problemy ze skórą, tym bardziej nie przypominałem sobie żebym umawiał jakaś wizytę. No nic – jak dotrę na górę, to zadzwonię tam i sprawdzę o co chodzi. 33 piętro – rachunek za prąd, 34 piętro – skąd tu tyle szczurów?, 35 piętro – rachunek za telefon, 36 piętro – rachunek za rachunek, 37 pięt… – no żeeeeeesz KURWA JEGO MAĆ!!! Cholera jasna!! Wszy, wszy, wszy, niezmywalny tusz, kurze nóżki i pierniczki nurzane w krochmalu! No ja się zastrzelę… Klucze od biura zostawiłem w automobilu. NA DOLE!!!

Jestem równie błyskotliwy, co genialny. I tak, znaną tylko sobie błyskotliwością, wpadłem na genialny pomysł, który zapobieży wymuszonej wycieczce na dół i z powrotem: pójść do końca korytarza, otworzyć okno, wyjść na gzyms i przejść po nim do mojego biura. Jako, że zawsze wentyluję swoje odnóża w oknie, to wypaczyło się ono od oparów ze skarpet i zablokowało się na amen w pozycji otwartej. To dawało szanse na dostanie się do biura bez demolowania drzwi lub przydługiego spaceru na dół i z powrotem.

Nie powiem, trochę wiało. Przelatująca furgonetka z pieczywem, trochę przygasiła mój zapał do zajęć wysokościowych. Ale mojej błyskotliwości i geniuszowi mogła dorównywać tylko odwaga. Zatem wystawiłem stopę za parapet i kurczowo trzymając się framugi wystawiłem druga nogę, próbując namacać zbawienny gzyms. Poczułem pod stopami coś miękkiego. NO NIE! Litości!! Kto wyprowadza psy, na gzymsie, na 37 piętrze! No ludzie no, kultury trochę! Sprzątamy po swoich pupilkach – tak?... Wytarłszy but o wystającą cegłę, udałem się w kierunku okna mojego biura. Wiatr targał moim prochowcem, puszki szprotów rubasznie pobrzękiwały w kieszeni, a Głaskadełko wsadzone za pasek spodni, niebezpiecznie ciążyło i utrudniało i tak już powolny pochód. Idąc tak twarzą do ściany, dotarłem do kantu ściany. Winkla znaczy się. A tak w ogóle, to czym różni się strzelanie zza węgła od strzelania zza winkla? Dziwne myśli człowiekowi przychodzą 200 metrów nad ziemią. Ale wracając do tematu… kiedy dopadłem w końcu framugi okna mojego biura, zionąłem jak Halapandra uciekająca przed myśliwymi. A tak w ogóle, to kto normalny poluje ze sterowca na zwierze wielkości chomika? Ale wracając do tematu… kiedy już byłem w biurze i usiadłem w fotelu, zamknąłem oczy i próbowałem uspokoić skołatane serce. I wtedy to spostrzegłem. Byłem suchy. Ani kropelki potu na czole czy gdziekolwiek indziej. Nawet plamki pod pachą. To zastanawiające… wstałem i oparłem dłonie o biurko. Papiery pod moim dłońmi zaczęły się tlić. No tak. Syndrom przegrzania emocjonalnego. Podbiegłem do kranu i wsadziłem głowę pod strumień zimnej… nazwijmy tą burą i lepką substancję, która wydobywała się z kranu, wodą. A więc wsadziłem głowę pod strumień zimnej… wody i natychmiast buchnęły obłoki gorącej pary. Po schłodzeniu organizmu, zrozumiałem, że coś jest nie tak z moją skórą – nie pocę się. To mogło być bardzo niebezpieczne. Samozapłon skarpetek nie należy do najprzyjemniejszych zdarzeń, jakie człowieka mogą spotkać. No nic – trzeba iść do lekarza od skóry chyba. Jak to mu będzie, no ten, no żesz, od skóry lekarz nazywa się… ooo, no i te moje zaniki pamięci. Skórolog? Nie… Mam – Dendrolog! Dobra, gdzie to ja miałem książkę telefoniczną? A, jest. Telefon odebrał jakiś facet, na ucho oceniając coś koło 60-tki.
-„Halo. Czy to klinika dendrologiczna?”
-„Się zgadza złociutki, Się zgadza.”
-„A to dobrze. No więc chciałem się umówić na wizytę.”
-„Najbliższy termin, złociutki, to my mamy, poczekaj sekundkę, se okiem rzucę w kajecik, o już mam, a więc najbliższy termin mamy dziś. Za godzinę. Mosze być?”
-„Tak, jak najbardziej. Proszę o rezerwację na nazwisko Mroton.”
-„Dopra. Adresik poproszę.”
-„A to wizyta domowa będzie?”
-„A jak se złociutki wyobraża to inaczej. Ile lat ma pacjent?”
-„No tak ze 30 z hakiem.”
-„No to jak on se to wyobraża? Pięciometrowego pacjenta będzie mnie do kliniki pchał? Toć gałędzie se połamnie!”
-„Wypraszam sobie takie insynuacje, co by odnóża do gałęzi przyrównywać.”
-„Ależ spokojnie drogy klyencie. Po co ta nerwacja? Wydze klyent uczuciowo przywiązany do pacjenta. Klyent mnie powie objawy jakie som, żebym wiedział jake instrumentarium ze sobą wziąć.”
-„Brak potliwości. Zaawansowany”
-„Uuuu. Lyście znaczy lecom, to niedobrze, oj niedobrze.”
-„Jakie liście znowu?”
-„A co – kolki może? Sam sobie wynien jezdem. O gatunek się nie spytałem. Zatem przedstawiceilem jakiego gatunku jest pacjent?”
-„Zadpapadurianin.”
-„Olaf! Olaf, chono tu.” – krzyknął gdzieś za siebie –„ Znowu jakiegoś zboka na lini mam. Choć posłuchasz, no cho no.”
-„ Szanowny Panie. Wypraszam sobie takie traktowanie klienta!”
-„Klienta? A to dobre sobie! Zaraz zażyczy se żeby szybko przyjechać z długa drabiną, z dużym pędzlem żeby mu powapnować pień. Już ja Was znam, zboczeńce jedne. Do portu spadać i małże lizać, a nie zawracać cztery litery uczciwie pracującym ogrodnikom!”
-„Jacy znowu ogrodnicy, przecież dzwonię do kliniki dermatologicznej!”
-„DENDROLOGICZNEJ TŁUKU!”

Długie piiiiii w słuchawce mogło oznaczać tylko jedno – szczury znowu przegryzły kable telefoniczne. Pochyliłem się nad biurkiem i zrezygnowany pacnąłem czołem w biurko. To już koniec. Skończę jako rubryka w „Gońcu Pandurskim”, pod tytułem: „Tajemnicza śmierć Detektywa Mrotona – samozapłon, czy śmiertelny skutek zabawy w bęgale?”. Nie – nie mogę tak odejść. Napisze list z wyjaśnieniami, że się przegrzewam. Poderwałem głowę z blatu biurka. Do czoła przykleiła się koperta. No tak, przypomnienie o wizycie u dermatologa. Zerwałem w biegu płaszcz z wieszaka i pognałem na dół, na spotkanie z moją ostatnią deską ratunku.

Nie ukrywam, że kolejki nie są niczym specjalnym w Zadrapandurii. Stoi się tu po wszystko, zawsze i wszędzie. Ale to, co spotkałem przed Kliniką Dermatologiczną szczerze mnie zdziwiło. Coś koło 500 osób gorączkowo pragnęło uzyskać nagłej porady dermatologicznej. Natomiast Zespół Szybkiego Reagowania w sile 30 czołowych reprezentantów Zadrapanduriańskich drużyn palanta, ubranych w kaski, pałowało czy może raczej palantowało rozgorączkowany tłum, celem przywrócenia względnego spokoju. Użycie określenia rozgorączkowany, nie jest tu przypadkowe. Przynajmniej połowie panów okupujących budynek, dymiło się zza kołnierza, natomiast z dekoltów większości dam, buchał siwy dym. Nie kończyłem studiów medycznych, ale wyglądało mi to na epidemię, zarazę, mór, czy też inną plagę.

Oczywistym było, że jakiekolwiek próby dotarcia do kliniki od frontu można by porównać, do polowania na tygrysa przy pomocy lakieru do włosów. Się nie da się. Oczywiście tłum w owczym pędzie nadal atakował główne wejście, gdzie recepcjonistka wielkości traulera odpierała (a może raczej odpierał) dzielnie ich ataki. Przybyła również, zaalarmowana dużą ilością dymu, Straż Ogniowa. Logika Straży była niepodważalna: gdzie dym – tam ogień. A przecież każdy wie, że kiełbaski najlepiej smakują z ogniska. Zatem chłopaki wylecieli w wozu targając za sobą pęta kiełbasy, starszemu oficerowi wypadały w kieszeni kajzerki, a młodszy ogniomistrz, pędził ze zgrzewką „Tradycyjnej Sarepskiej” pod pachą. Kiełbasy zatknięte na patyki zaczęły więc szybko znikać o obszarach skąd dobywało się najwięcej dymu. Na tą postawę Strażaków, rozjuszone damy jęły głośno protestować przeciwko wciskaniu fallicznych tworów gastronomicznych między ich „walory”.

Pozostawiłem ich samych sobie i udałem się powolnym spacerkiem na tyły budynku. Musiałem dbać, żeby się nie przegrzać. Przez lata przyzwyczaiłem się już do palącego wrażenia w butach. Nawet poszczególnym grzybkom nadałem imiona, ale pomiędzy uczuciem palenia, a ogniem w bucie istnieje zdecydowana różnica i nie chciałem jej poczuć. Spokojnie, powolutku, grunt to oddychać miarowo. Tylne wejście było zamknięte. Za to okno obok było otwarte. Skorzystałem z tego daru losu i wcisnąłem się do środka. Po korytarzach niósł się harmider tłumów. Moich uszu dopadł również dźwięk chlipania, płaczu, siorbania nosem i zawodzenia. Udałem się w kierunku skąd dochodziła ta uwertura rozpaczy. Mój niezawodny detektywistyczny słuch doprowadził mnie do drzwi, na których wisiała wizytówka:

Prof. Findo Nieteges
DERMATOLOG

Uchyliłem delikatnie drzwi i wślizgnąłem się do środka. Za parawanem znalazłem wspomnianego na tabliczce jak mniemałem, profesora Nietegesa. Siedział na kozetce i łkał w dłonie.
-„Yyyy, przepraszam, Pan to ten od skórnych spraw?”
Jegomość z kozią bródką zerwał się na równe nogi, chwycił mnie za klapy prochowca, i wykrzyczał prosto w twarz:
-„WON!!!!”
Biorąc pod uwagę, że jego oddech, czy też może raczej wyziew, był bardziej wymowny od „WON”, postanowiłem się znaleźć jak najszybciej po drugiej stronie drzwi, co też bezzwłocznie uczyniłem. Zza nich postanowiłem kontynuować dialog.
-„Panie Doktorze. Sprawa jest.”
-„Nie ma sędziów – to i sprawy nie ma, ale będzie za to lincz. Rozniosą mnie. Na strzępy!”
-„Ja nie chciałbym wnikać za bardzo w Pańskie sprawy osobiste profesorze, ale kto i dlaczego ma pana roznieść? Pragnę tylko zauważyć, że jako prywatny detektyw, posiadam szeroko zakrojone znajomości pośród różnych podmiotów i orzeczeń naszego jakże wspaniałego miasta, dzięki którym mógłby Pan uniknąć tak przykrych epizodów w swoim życiu jak tłum z pochodniami, dzierżący spiczaste i ostre narzędzia ogrodnicze.”

Usłyszałem kroki po drugiej stronie drzwi, które to uchyliły się na kilka centymetrów. W szczelinie zobaczyłem oko, za którym pojawiła się ręka, która wciągnęła mnie do środka.

-„Prywatny detektyw powiadasz Pan…. Taaaa, to może się udać.”

Profesor usiadł na kozetce i pod przysięgą opiewającą w groźby obcinania nóg, obumierania członków, wypadania zębów i ogólnych problemów rodzinnych, zaczął mi streszczać całą historię. Otóż profesor od kilku już lat prowadzi średnio legalne doświadczenia na bakteriach, a dokładniej rzecz ujmując, na jednej bakterii. BAH-TERJA, jak nazywał ją profesor, miała mieć zbawienny wpływ na osoby cierpiące na nadpotliwość. Mianowicie miała powstrzymywać pocenie się, poprzez odżywianie się potem i w wyniku natychmiastowego procesu spalania, uwalniać wilgoć w postaci pary. Co dalej, profesor potrzebował funduszy na swoje poniekąd drogie badania. Zaplanował więc akcję marketingową, polegającą na wysłaniu lipnych przypomnień o niby umówionej wizycie, mając nadzieję, że przyciągnie tym do siebie trochę więcej pacjentów. Niby wszystko ok - akcja marketingowa utrzymana w konwencji marketingu Zadrapanduriańskiego. Pojawił się tylko jeden problem – jakimś cudem, BAH-TERJA, przedostała się na klej w kopercie. Klej okazał się być doskonałą pożywką dla BAH-TERJI, która to zaczęła się mnożyć sposób wykładniczy. Każdy kto otwierał list, przyjmował 10 krotną zalecaną dawkę BAH-TERJI, powodując tym samym błyskawiczne przegrzanie organizmu spowodowane brakiem jakiegokolwiek chłodzenia, a w efekcie do masowych samozapłonów. Akcja marketingowa okazałą się nazbyt skuteczna i profesor zmuszony był dzwonić po Zespół Szybkiego Reagowania, żeby zahamować zamieszki przed kliniką. Moja reakcja na opowieść profesora była natychmiastowa:

- „Zważywszy na Twoją obecną sytuację profesorze, powinieneś szybko zaopatrzyć się w coś do samoobrony. Proponuję coś o rozmiarach działa przeciwlotniczego, zajadłości Amstaffa, skuteczności Żelaznej Dziewicy i widowiskowości pijanej, 80 letniej prostytutki balansującej na lewej nodze, w tym samym czasie prawą drapiącą się w lewe ucho. Jednymi słowy, nie potrzebne Panu profesorze, żadne Zespoły Szybkiego Reagowania. Potrzebuje Pan GŁASKADEŁKA!”

- „Ha, przecież każdy dobrze wie, że Głaskadełko zaginęło podcz…”

Wstałem i uchyliłem poły płaszcza. W tle dało się słyszeć chór kastratów intonujących podniosłą pieśń ku czci i chwale rusznikarstwa. Jednym, płynnym ruchem dobyłem zza paska Głaskadełko. Misterium obrony i terroru. Broń nad brońmi albo broniami - co kto woli.

Usługa rozpędzenia tłumu przy użyciu Głaskadełka – 200 Protów. Mina profesora – BEZCENNA! Profesor wypisał czek i jako dodatkowy gratis dostałem antidotum na BAH-TERIĘ. Następnego dnia w Gońcu Pandurskim czytałem, o niespotykanie dużej liczbie samozapłonów na terenie miasta. W innym znowu artykule pisali coś o tym, że nijaki Profesor Findo Nieteges, poniekąd odpowiedzialny za wybuch zamieszek w dniu wczorajszym przed swoją kliniką, w ramach działań charytatywnych i filantropijnych zaproponował wszystkim potrzebującym darmową posługę lekarską. A ja za zarobione 200 Protów kupiłem wentylator z atomizerem szprotowym.

Zadrapanduria. Biuro na 37 piętrze… tu się oddycha…

JEDEN GRAM


Doktor Rastapus, został wyrzucony z Rady Lekarskiej za niejasne eksperymenty na zębach trzonowych. Wychodząc z ostatniego posiedzenia w którym uczestniczył, jego koledzy po fachu mogli usłyszeć: „A pocałujcie mnie w moje niedoskonałości!” oraz zobaczyć zwieńczenie jego nóg od tyłu, nie okryte żadnym ubiorem.

Według teorii Rastapusa, podczas wypadków samochodowych, tudzież samobójczych skoków z wysokich obiektów architektoniczny, tuż przed impaktem, ofiary miały zaciskać zęby tak mocno, że w szkliwie powstawało ciśnienie doprowadzające dwuhydroksyapatyt (główny składnik szkliwa) do krystalizacji, wynikiem czego powstawał nowy pierwiastek. Próbował również wymywania związków wapnia w trudno rozpuszczalnych (głównie fosforanów) i soli zainkludowanych w szkliwie zębów pod wpływem roztworu o niskim pH tworząc rozpuszczalne wodorosole (np. diwodoroortofosforan (V) wapnia) tym samym naruszając strukturę szkliwa. Mówiąc krótko – zalewał zęby napojami gazowanymi i walił w nie młotkiem.

Rastapus, zakładał w swoich teoriach, że nowo powstały pierwiastek, jest równie wysoce lotny, co halucynogenny, a jako odwieczny poszukiwacz kontaktu z zaświatami, pragnął zgromadzić, co nieco większą ilość nowego pierwiastka. Dajmy na to 1 gram. I tu zaczyna się kolejna sprawa…

Skaczący Misza – zawodowo seryjny napadacz bankowy, a prywatnie starszy brat Kapitana Baraban. Od dziecka, z powodu chronicznego bólu w kostkach poruszał się skacząc na pośladkach. Lekarze ostrzegali go, że taka forma przemieszczania się może spowodować trwałe uszkodzenie mózgu, ale Skaczący Misza tym się nie przejmował... i dalej skakał do banków po wypłatę. Jego ostatnia robota nie poszła do końca po jego myśli. Na dzień przed planowanym skokiem, posilał się w „Hak w Samk”. To był błąd. POWAŻNY błąd. Zacierana ikra dorsza na gorącym półmisku z sałatką z pąkli nie była dobrym pomysłem. Znaczy się, samo danie jest przepyszne, ale nie koniecznie konsumowane w „Hak w Smak”, czyli w tym samym miejscu, gdzie ustalono światowy rekord przekroczenia daty przydatności do spożycia jogurtu truskawkowego. Po 6 latach pleśń z jogurtu, wyszła z lodówki na ulice, strajkując przeciwko fatalnym warunkom mieszkaniowym. Głównie narzekając na ciasnotę.

Tak więc, nierozważny wybór miejsca stołowania się, fatalnie wpłynął na przebieg napadu w wykonaniu Skaczącego Miszy. Starszy brat Kapitana Baraban, wbiegł, a raczej wskoczył do banku w pełnym pędzie. Będąc w połowie drogi do okienek kasowych, krzycząc „To jest napad!”, jego zwieracze nie zdołały pohamować tego co nieuniknione – a mianowicie resztek wczorajszego posiłku. Tak moi mili – droga hamowania na marmurowej podłodze, posmarowanej ciepłym i rzadkim smarowidłem jest bardzo długa. Pisząc „bardzo”, mam na myśli, że trzeba się asekurować twarzą w postaci zderzaka, żeby się zatrzymać. Kiedy tylko Misza odzyskał przytomność, zobaczył nad sobą uśmiechniętą twarz Strażnika Zadrapanduriańskiego. Tak, jeżeli delikwent jest obezwładniony, oszołomiony, pół przytomny i ładnie zapakowany, S.Z. zawsze przybywa na czas. Po dostarczeniu Miszy przed oblicze Sądu, zważywszy na jego niekonwencjonalny sposób poruszania się, nieciekawy zapach i dość ekscentryczną, fioletową fryzurę, skierowano go na leczenie do Zakładu Leczenia Osób o Alternatywnym Spojrzeniu na Rzeczywistość. W ramach pakietu powitalnego zapewniono mu lodowatą kąpiel, lewatywę, elektrowstrząsy oraz niezwykle gustowny kubraczek (model long-sleeve). Zasadniczo wszystko w porządku i zgodnie z ogólnie przyjętym porządkiem świata. Tyle, że naczelnym lekarzem oddziałowym jakiś czas temu mianowano Rastapusa, a on, od razu zobaczył w Skaczącym Miszy istne objawienie – a dokładniej w jego zębach. Ktoś poruszający się podskokami na własnych pośladkach od ponad 30 lat, musiał mieć tak ubite szkliwo, że z jego zębów można by wycisnąć dużo więcej niż upragniony 1 gram.

Kapitan Baraban wpadł do mojego gabinetu, po drodze wyrywając w roztargnieniu klamkę od drzwi, wsparł się oburącz o biurko i dyszał. A dyszał długo. Później sapał. Następnie było charczenie, które ustąpiło łagodnemu warkotowi.

Biuro na 37 piętrze bez windy – tak, to stanowiło pewnego rodzaju wyzwanie dla listonoszy i potencjalnych klientów, ale równie dobrze odstraszało windykatorów i akwizytorów.

Tak więc Baraban, kiedy już odzyskał równowagę krwi do alkoholu w sowim organizmie (50-50), wypijając pół litra Klasycznej Nalewki Dębowej McSimpsona, runął na kolana i jął lamentować.
-„Panie Mroton, brata ukatrupić mi chcą! Znaczy się, nie do końca tak, ale ZĘBY wyrwać mu chcą!” – wył Baraban.
-„No dobrze już, dobrze. A teraz po kolei.” – powiedziałem podnosząc go z podłogi i próbując oderwać od mojej nogawki, w którą to właśnie wylewał swoje łzy.
-„To ja! To moja wina! To ja Panie Mroton, to przeze mnie! To ja go kopałem po kostkach, bo nie chciał grać ze mną w chińczyka. A im bardziej nie chciał, tym mocniej kopałem. Tak mu te kostki napuchły, że jak miał 8 lat to już tylko na tyłku chodził z bólu. TO MOJA WINA!!! A BUUUUUUUUUUUUUUUUU!!! No i, no i, no i on na złą drogę zszedł przez to moje kopanie. Bo się śmiali wszyscy z niego, że na tyłku chodzi, a on coraz bardziej zamykał się w sobie i tak zamykał i zamykał coraz bardziej, a jak w końcu wyszedł, to miał fioletowe włosy i zaczął napadać na banki. Ale złapali go! Złapali w końcu. I do Zakładu Leczenia Osób o Alternatywnym Spojrzeniu na Rzeczywistość go zamknęli. A wie pan kto tam jest ordynatorem? Rastapus!!! Oj Biedny Miszka. A BUUUUUUUUUUUUUUUUU!!! Pan wie co to za jeden? Moja dziewczyna, to ona salową jest w tym pożałowania godnym przybytku medycznym, to ona mi powiedziała. Jak mierzyła temperaturę na „ten trzeci sposób” jakiemuś upartemu pacjentowi, usłyszała jak ten cały Rastapus nagrywa swoje wywody na płytozgrywaczkę. Ten Rastapus to szaleniec jakiś! Pan musiał czytać o nim w Gońcu Pandurskim. On mojemu Miszce, w ramach leczenia umysłu, zęby wyrywać chce. Nikt nie chce mi pomóc, nikt nie wierzy - NIKT! Już tylko Pan mi pozostał, pomóż Panie Mroton, pomóż - to Pana Protami obsypię.” – skomlał, trzymając twarz w dłoniach.

Przebrałem się za Inspektora Nadzoru Sanitarnego. Instytucji z samego założenia nie mającego najmniejszego sensu istnienia w Zadrapandurii. Słowo „sanitarne” było bardzo agresywnie atakowane przez wszechobecne gangi „Brudu”, „Pleśni” i wyjątkowo bezwzględne bandy „Śmieci”. Jednakże odznaka tegoż urzędnika wyglądała bardzo groźnie (było tam dużo czasek, kości, szczurów, różnego rodzaju pasożytów i kruków) i zawsze pomagała mi otwierać drzwi w całym mieście. Tak więc, udałem się prosto do gabinetu Rastapusa i groźnym tonem, nakazałem natychmiastowego wydania podopiecznego placówki, nijakiego Miszy Baraban, szerzej znanego jako Skaczący Misza. Jako uzasadnienie podałem poważne zagrożenie epidemiologiczne, a dokładniej rzecz ujmując, w/w obywatel miał cierpieć na tzw. Brykajacą Próchnicę. Trzeba było widzieć minę Rastapusa, kiedy to usłyszał. Panika to mało powiedziane. Zaczął wiercić tyłkiem na krześle jak wsza na gorącej patelni. Wiedziałem gdzie uderzyć, żeby najbardziej zabolało. Brykajaca Próchnica, przenoszona droga kropelkową, atakowała zęby i po 48 zostawiała w otowrze gębowym wyłącznie gruzy i zgliszcza. Wyjątkowo zgryźliwy szczep Brykającej Próchnicy potrafił spowodować, że w ciągu tygodnia, 20 000 miasto sepleniło jak ta lala. Przeczuwałem, że ten upiorny, pseudonaukowiec gdzieś niedaleko musiał gromadzić zapasy trzonowców, a Brykajaca nie przepuści nawet już wyrwanym zębom. Formalności związane z wydaniem Miszy trwały 3 minuty. Wpakowałem go do samochodu i odwiozłem do mieszkania Kapitana. Misza nie protestował, kiedy Kapitan nosił go na rękach, głaskał po głowie i śpiewał kołysanki.

Nie wiem skąd emerytowany Kapitan Żeglugi Zatokowej, alkoholik i właściciel wypasionej Panterzy miał tyle kasy, ale - powiem krótko – zostałem obsypany Protami. Co prawda musiałbym stać w bardzo wąskiej rurze, żeby zarobione Proty mnie przykryły, ale jakby nie patrzeć, było tego kilka stówek. I kamizelkę dostałem na pamiątkę!

POCZEMUCZKA POTLACZ - SZEF WYWIADU I PRZYJACIEL


Przyjaciel to taki ktoś, kto jest. Nie taki ktoś kto bywa, nie taki ktoś kto się pojawia. On po prostu jest. W moim przypadku JEST ktoś taki – to Poczemuczka Potlacz. Zawodowo szef wywiadu Zadrapandurii, a dla mnie kolega z zaułku Makarego Wieńczuka.

Jako dzieciaki łowiliśmy w kałużach zaułku Makarego Wieńczuka, Szaranki – mutację kijanek i szarańczy. Podejmowaliśmy wspólne próby hodowli tychże stworzeń, które to zostały ukrócone przez akt wandalizmu. Któregoś dnia po szkole, zaszliśmy do szopy, która mieściła się za kamienicą w której mieszkaliśmy i znaleźliśmy… znaczy się nic nie znaleźliśmy, oprócz porozbijanych słoików i rozdeptanych Szaranek. Po tym jakże traumatycznym zdarzeniu, ja zająłem się szukaniem sprawców analizując dowody znalezione na miejscu zbrodni, natomiast Poczemuczka rozpoczął inwigilację grup, mogących mieć związek ze zniszczeniem naszej hodowli. Legitymacja szkolna leżąca w rogu szopy mogła być rewelacyjnym wskazówką. Niestety odchody Szaranek, cechował bardzo wysoki współczynnik PH, a że cała podłoga niemalże tonęła w wodzie, w której to szarak załatwiały swoje potrzeby fizjologiczne, cały tekst na legitymacji uległ rozmyciu. Ta poszlaka jednak wystarczyła Poczemuczce. Zatarciu nie uległa jedynie pieczeć 3 LO im. Dziecka Dnia Drugiego. Potlacz zapędził swoich wywiadowców do roboty (nikt z Was nie przypuszcza ile może zdziałać worek landrynek o smaku pinacolady) i już następnego dnia, Goniec Pandurski pisał o „przerażającym wybryku łobuzów z zaułku Makarego Wieńczuka”. Ktoś powiesił najstarszego z barci Kotik za gacie, na haku żurawia portowego, a na jego czole napisał permanentnym flamastrem „MORDEŁCA”. Szczęśliwie dla mnie i Poczemuczki, sprawą zajęła się Straż Pandurska, więc oczywiście sprawców nie wykryto. Muszę tutaj zaznaczyć, że byłem przeciwny tak radykalnej akcji odwetowej, ale Potlacz uparł się, że „powiesi sukinsyna”. No i go powiesił…

Tak odważna akcja nie uszła uwadze Prezesa MATAHAN. Następnego dnia po ukazaniu się artykułu, w naszej klasie pojawiło się dwóch smutnych, ale za to niezwykle okazale umięśnionych… nazwijmy ich roboczo „prelegentami ostatnich słów, jakie człowiek słyszy zanim walnie w beton, po przypadkowym wypadnięciu z okna swojego mieszkania”. No więc, weszli, chwycili Potlacza pod pachy i wywlekli z sali, rzucając na odczepne nauczycielce, która głośno protestowała przeciwko tak obcesowej interwencji, żeby sprawdziła w słowniku, co oznacza hasło „połączyć permanentnie górną i dolną wargę, za pomocą nitownicy parowej”. Pani Gryzmołko, wiedziona intuicją albo też ogólnie dostępną wiedzą na temat poczynania MATAHAN, nie fatygowała się nawet do półki ze słownikiem, tylko dalej prowadziła lekcje. Nie mogłem usiedzieć w ławce. Kiedy tylko zadzwonił dzwonek, wystrzeliłem z sali i popędziłem do biurowca MATAHAN. Po kilku minutach biegu moje płuca zaczęły charczeć, a z gardła wydobywały się dźwięki jakby sam diabeł rewidował swoje poglądy na grochówkę i bigos. Wydając z siebie odgłosy, których nie powstydziłaby się furmanka złomiarza, padłem na kolana przed biurowcem MATAHAN. Nie wiem co sobie myślałem. Że wpadnę do środka i zażądam natychmiastowego wydania mojego przyjaciela? Nie wiem… Jak tylko sprzed oczu zniknęły mi plamki i światełka, podniosłem głowę, wstałem, poprawiłem włosy i pełen determinacji ruszyłem po schodach aby odbić przyjaciela. Ruszyłem ku schodom, tylko po to, żeby zderzyć się na nich z Poczemuczką. To było po prostu niemożliwe! Nikt kto został wniesiony do tego budynku, nie wychodził z niego. No przynajmniej nie na własnych nogach. Poczemuczka, z charakterystyczną sobie oschłością, skomentował moje niedopuszczalne plamy potu pod pachami i nieład na głowie. Następnie poklepał mnie po ramieniu, uśmiechnął się i zaproponował wspólne spożycie lodów glonowych z posypką bursztynową w pobliskiej cukierni. Musiałem wyglądać przekomicznie, idąc tak z rozdziawioną paszczą i słuchając opowieści Poczemuczki.

Jak opowiadał Potlacz, Prezes wyraził daleko posuniętą niechęć do przemocy. Łatwo się brzydzić przemocą, kiedy ma się na garnuszku całą armię… prelegentów. Wtedy naprawdę nie trzeba nikogo bić. Wystarczy pokazać … prelegenta. Ale wracając do tematu. Prezes potępił również akt odwetowy jakiego to dokonaliśmy na najstarszym z braci Kotik (Poczemuczka przyrzekał, że Prezes zasłaniał dłonią uśmiech kiedy to mówił). Był natomiast pod wrażeniem zmysłu organizacyjnego i rewelacyjnych umiejętności wywiadowczych mojego przyjaciela. Nie będę zagłębiał się w szczegóły dalszej rozmowy. Koniec końców, Prezes zaproponował Potlaczowi objęcie wakatu, a dokładniej stanowiska „Szefa Wywiadu Zadrapandurii”. Zadrapanduria widziała już dziwniejsze nominacje, ale nie widziała nigdy tak młodej nominacji. Po raz pierwszy na czele jakichkolwiek służb w naszym mieście stanął 9 latek.

Oczywiście z inicjatywą zatrudnienia powinien wyjść Burmistrz, ale jak to ujął Prezes „nastąpi pominięcie niepotrzebnych i zabierających czas procedur rekrutacyjnych”. Tak więc następnego dnia w miejskim ratuszu, nastąpiło uroczyste wręczenie nominacji oraz tradycyjnej czarnej maski szefa wywiadu. Wiadomo, szef wywiadu powinien być przede wszystkim … no… wywiadowczy, czyli niewidoczny dla wrogów, stąd ta maska… i 37 fotoreporterów, robiących Poczemuczce setki zdjęć, które następnego dnia znalazły się na okładkach najpoczytniejszych pism Zadrapandurii i Państw ościennych.

Jako, że w gestii Szefa Wywiadu Zadrapandurii pozostaje wydawanie licencji i pozwoleń na działalność ochroniarską i detektywistyczną, następnego dnia Potlacz zaprosił mnie do swojego biura i wręczył mi dożywotnią Licencję Detektywistyczną. Nie omieszkał przy okazji dodać, że jest dowód na to, że służby Zadrapandurii, nie pozostają niewdzięczne wobec obywateli, którzy nie pozostają głusi na zew niesprawiedliwości i duszą ją. Niesprawiedliwość znaczy się… czy jakoś tak. Wręczając mi Licencję miał łzy w oczach. To zniszczenie naszej hodowli Szaranek musiało zaboleć Potlacza bardziej niż mnie. I tak stałem się najmłodszym detektywem w historii Zdrapandurii.

TUBER MACROSPORUM NON OLET.


W Zadrapandurii nie istnieją pory roku. U nas zawsze jest wczesna jesień. Czasami trochę zimna, czasami mglista, a czasami służby drogowe zaskakuje jesienny śnieg. To był jeden z niewielu słonecznych dni tej jesieni w Zadrapandurii. Siedziałem w fotelu przy oknie. Pozwoliłem sobie wyjąć stopy z butów i oprzeć je na parapecie. Żółty dym z moich skarpetek wżerał się ramę okienną powodując powstawanie bąbli na farbie. Jesień… portowe powietrze, ożywcza portowa bryza… a gdybym gdzieś znowu urodzić się miał – to tylko w Zadrapandurii. Jesienią. Koniecznie jesienią.

Nazywał się Sapienko. Był jednym z naukowców zatrudnionych w MATAHAN. Ta korporacja zarabiała na wszystkim – nie będę wymieniał na czym, bo na prawdę zarabiała na wszystkim. Problem z naukowcami pracującymi dla MATAHANU, polega na tym, że kiedy odkrywali coś przełomowego, to od razu znikali. Zawsze, kilka dni po ich zniknięciu, do mojego biura przybywały nad wyraz urodziwe małżonki tychże naukowców, całe drżące i ze łzami w oczach błagały: „Panie Mroton, pomoże pan?”. No co? Ja nie pomogę? Ja – najbardziej szarmancki detektyw spośród szarmanckich detektywów? Nie ukrywam, że wpływ na moje decyzje ma dziwne zjawisko fizyczne. Mianowicie, na moją kieszeń oddziałuje siła, która przyciąga gotówkę znajdującą się w portfelach i torebkach zapłakanych, niedoszłych wdów. No, na prawa fizyki, to ja już nic nie poradzę. Poza tym, 200 Protów od sprawy, to naprawdę nie jest jakaś wygórowana stawka.

Sapienko był mykologiem. W sensie zajmował się grzybami. Ale nie tam jakąś zwykłą pleśnią. Specjalizował się w… tych…. No jak im tam, no, nie brokułach, tylko w…. No ja się potnę, jak to paskudztwo spod ziemi się nazywa… a tak – TRUFLE, truflami się zajmował. Jak mi doniosła jego małżonka, nie tylko biegał ze swoją świnką po wzgórzach okalających Zadrapandurię w poszukiwaniu czarnych przedstawicieli „Tuber macrosporum” , ale pracował nad ich sztuczną hodowlą. Ja tam nie wiem czy to trudne, czy nie. Ja trufli w życiu nie widziałem, tym bardziej nie jadłem. Od kiedy tylko pamiętam, zawsze stołowałem się w „Hak w smak”, a tam, jedyne grzyby jakie można spotkać, to pleśń na siekanej wątróbce. Podobno nikomu na całym świecie, nigdy nie udało się sztucznie wyhodować trufli. No jak dla mnie bomba. Taka trufla ma godność, ma swoje racje i przekonania i w brytfankach rosnąć nie będzie. I chwała jej za to. No, ale przyszedł taki Sapienko i wyseparował podobno jakiś składnik gleby, dzięki któremu udało mu się zaprosić „Tuber macrosporum” pod dach swojego laboratorium i jeszcze przekonać go do rozmnażania. Policzcie sobie sami: z jednej trufli ważącej 1 kilogram dostajesz jakieś 4000 Protów. Z takie jednej trufli możesz wycisnąć jakieś 6 milionów zarodników. Niech połowa się przyjmie. Odejmuję koszty transportu, obsługi, prądu, podatków… poczekajcie… razy 6, minus…. pod kreskę… no jakby nie patrzeć, kilkaset milionów Protów rocznie. Jest o co powalczyć. No i walczą.

Prezes MATAHANU ma hobby. Kolekcjonuje rzadkie przykłady fauny i flory Zadrapandurii. Co ciekawsze eksponaty do swojej kolekcji zdobywają dla niego, jego siepacze przy zaułku Makarego Wieńczuka. Powstało wiele mitów i plotek dotyczących jego zbiorów. Co do pewników – w jego gabinecie stoi cygarożerna roślina doniczkowa. Ostatnie wiadomości w Gońcu Pandurskim mówiły o amorficznej ośmiornicy, która potrafi przyjmować dowolne kształty. Jak się nad tym zastanowić, to skoro ona potrafi przyjmować dowolne kształty, to niby skąd wiadomo, że organizmem wyjściowym jest ośmiornica? Ja nie wiem, ale słyszało się tu i ówdzie, że cholerstwo okrutnie drogie jest w utrzymaniu, bo żywi się tylko i wyłącznie truflami, których to potrafi pochłonąć nawet 3,7kg dziennie. Prezes pokazuje się ze swoją nową zabawką, na wszystkich oficjalnych obiadach i spotkaniach, pozwalając owijać się ośmiornicy dookoła szyi. To by pośrednio tłumaczyło przerażająco śmierdzące damy krążące po deptakach miasta, które pod wpływem mody zrezygnowały z etoli, na rzecz ośmiornic, a kolczyki landrynkowe zastąpiły kałamarnice. Moda marynistyczna – pfff – też mi coś, nie będzie trzeba długo czekać, aż dzieciaki w szkołach będą miały nosy poprzebijane kotwicami. No, ale się zapędziłem, a miałem przybliżyć kwestię rozwiązania sprawy Sapienki. No, może nie tyle rozwiązania, co samej sprawy.

Pani Sapienko przyniosła ze sobą cały karton dokumentacji dotyczącej pracy jej męża. Zważywszy na to, że pan Sapienko miał nieznośny odruch zapisywania spostrzeżeń, uwag i notatek na czymkolwiek co miał pod ręką, na moim biurku wylądowała parasolka zapisana wzorami, kawałek parapetu z wyrytym szkicem zarodników, puszka po szprotach cała w opisie wyprawy na wzgórze E3, wyklejanka, trzy figurki origami i gumka typu „MYSZA”. Wielka, szara gumka, która w warunkach zagrożenia mogła robić za tarczę lub kamizelkę kuloodporną. Z samych tylko opisów wyprawy na E3, zamieszczonej również na MYSZY, dowiedziałem się, że Sapienko, zawsze zatrzymywał się w schronisku „Zimna skała”. W opisie wyprawy, przy „Zimnej Skale” zawsze stawiał znaczek grzybka. No jak nie, jak tak? To musiała być wskazówka. Zaopatrzywszy się w niezbędny ekwipunek udałem się w góry. Automobilem dojechałem do końca drogi i zaparkowałem w cieniu wzgórza C7. Wspinając się, mijałem gorące źródła bijące z H4. No nie uwierzycie kto moczył się w pomniejszej sadzawce i popijał coś z puszki. Szczekający Kozioł! Nooo, takiego obrotu sprawy się nie spodziewałem. Miałem go jak na talerzu. Ukryłem się za skałą i sięgnąłem pod płaszcz. Wyczułem kolbę Głaskadełka. Wyciągnąłem je powoli, odbezpieczyłem, wykonałem dwa długie wdechy, nie zapominając oczywiście o wydechach i wychyliłem się, żeby zatrzymać tę bestię. Wiecie co? Nie było go już w sadzawce! Ostatnie co pamiętam, to szczeknięcie za mną, odwróciłem się...

Odzyskaniu przytomności towarzyszył potworny, rozdzierający na połowy głowę, ból. Sufit zawirował i usiadłem na łóżku. Jakiś miły jegomość z brodą sięgającą pasa, zginał się wpół i coś mówił do mnie. Pisk w uszach powoli ustępował.
-„I jak tam? Lepiej? Witam w Zimnej Skale” – powiedział dziadek – „Nazywam się Miśniak. Opiekuję się tym, pożal się Wielki Wierzygo, schroniskiem górskim. Miałeś panoćku wielkie szczęście, że akuratnie tamtędy żem przechodził i żem Cię tu dotargał. Wiadomo, niedługo Święto Wystąpienia Wielkiego Wierzygi z Morza, no to i trza się ukąpać. Toch żem se umyślał, do gorących źródeł iść. Nie godzi się ssać szprota z brudnymi piętami, hnie, hnie, hnie…ghhrrrry khy, khy. ” - wykaszlał – „A co tam w ogóle się stało, Panoćku? Masz na łbie V wielkie, jakby nie przymierzając jakaś wściekła kozica Cię kopła. No chyba nie kłusownik z Ciebie, bo jako kłusownik jesteś, to jajca Ci obciacham i przybiję do dębowej deski i bede kazoł Ci pozierać na nie jak wysychają, hej.” – to „hej” od raz postawiło mnie na nogi. Złożyłem długie i obszerne wyjaśnienia dotyczące mojej osoby i celu przybycia w te okolice, przez cały czas czujnie obserwując wielki topór, który służył Miśniakowi za laskę. Nie obyło się oczywiście bez okazania niezbędnych dokumentów, legitymacji Detektywistycznej i wspólnego spożycia 3 litrów bimbru pędzonego na pakułach i wyciągu z gruczołów Świstaka. Podczas końcówki składania wyjaśnień, hyp, jakże uczynny Miśniak, hyp, był tak łaskaw, hyp, wskazać mi kwaterę w której zwykł był zatrzymywać się, hyp, obywatel Sapienko, hyp. We wskazanym pomieszczeniu, hyp, odnalazłem na belce stropowej, hyp (no cholerna czkawka, nooo)…

Jak się później okazało, obudziłem się 3 dni później. Po wypiciu 37 kubków kakao na kozim mleku przestałem widzieć potrójnie. Podwójne widzenie pozwoliło mi szybciej zapoznać się ze zgromadzonymi dowodami. I tu, co następuje:
-Sapienko odkrył składnik nawozu, który pozwala na sztuczne hodowanie trufli.
-W/w składnikiem nawozu są bobki Szczekającego Kozła.
-Sapienko ustalił i zaplanował wszystko, oprócz sposobu na pozyskiwanie SS (superskładnika)
No i tu się zaczęły kłopoty Sapienki. Jak podpowiadał mi mój detektywistyczny instynkt, dalsze losy Sapienki musiały układać się mniej więcej jakoś tak:
1) Sapienko idzie do Prezesa MATAHAN i raportuje swoje odkrycie.
2) Prezes w trosce o pokarm dla swojego ośmioramiennego pupila, nakazuje natychmiastowe rozpoczęcie hodowli.
3) Zapasy SS szybko się kończą i Sapienko wyrusza w góry w poszukiwaniu Szczekającego Kozła.
4) Znajduje go.
5) Sapienko umiera rażony kopnięciem Szczekającego Kozła.
6) Jego zwłoki zjedzone przez wilki następnej nocy, przestają przedstawiać jakąkolwiek wartość dla zakładów pogrzebowych.

Nie ukrywam, że wdowa Sapienko nie rozpaczała znacznie na wiadomość o bardzo prawdopodobnej śmierci męża. Być może czynnikiem wzmacniającym ją, był przystojny i umięśniony brunet, w towarzystwie którego przybyła do mojego biura, kurczowo trzymając się jego ramienia. Jako dowód potwierdzający moja teorię przekazałem na ręce wdowy zegarek jej męża, który to z rozbitą szybką, znalazł Miśniak niedaleko gorących źródeł. Pani Sapienko, w świetle zebranych przeze mnie dowodów, bez większych trudności wydano zaświadczenie o śmierci męża. Wielomilionowy spadek po mężu ukoił szybko jej smutek. Nie mniejszy wpływ na jej dobre samopoczucie miał Bruno, który równie ochoczo trwonił jej majątek, co zdradzał ją z nauczycielką rytmiki. Szykuje się kolejna sprawa. Dobra klientka, to taka która wraca…